Wolontariat w Przemyślu

 

Wolontariat w Przemyślu był dla mnie doświadczeniem ważnym. W jakimś sensie pięknym, choć także trudnym i wymagającym. Chciałbym podzielić się nim w kilku słowach – jaką sytuację wojenną widziałem i moje związane z tym przeżycia.

Przemyskie Caritas działało niemal od pierwszych dni rozpoczęcia działań wojennych w Ukrainie.  Wolontariacka ekipa była wielonarodowa. Służyliśmy na 8-godzinnych dyżurach 24h/dobę, według zapotrzebowania danego punktu pomocy oraz naszych możliwości. Niektórzy z własnej woli działali ponad przewidziany czas. Osobiście służyłem w dwóch punktach pomocy w Przemyślu – Dworcu Głównym PKP i Centrum Pomocy Humanitarnej (CPH, tzw. Tesco), a także na przejściu granicznym Korczowa (ok. 40 km od Przemyśla).

Sama zastana atmosfera wywoływała we mnie trudne emocje – widok zaniepokojonych kobiet z dziećmi oraz starszych, ich poczucie bezradności, zmęczenie, panujący mniejszy lub większy chaos, szczególnie na Dworcu PKP; zasłyszane historie rodzinnych dramatów, w tym nawet rzekomych zgonów na granicy z powodu wyziębienia bądź wycieńczenia… Jedną z takich historii miałem okazję usłyszeć na żywo już w drodze na wolontariat, gdy w pociągu pewna Ukrainka pokazała mi z płaczem zdjęcia swojego zniszczonego domu w Charkowie.
W zależności od miejsca, oferowana przez nas pomoc miała nieco inny charakter. Nie każdy, a może nawet większość z uciekających, nie miała rodziny lub znajomych w miejscu nieobjętym wojną, w Polsce lub innym kraju. Dopóki nie znaleźli się chętni do zabrania takich osób (chętne osoby prywatne widziałem przyjeżdżające na różnych europejskich rejestracjach), czasami potrzeba było zorganizować 1-2 dniowy nocleg, np. w jednej z przemyskich szkół. Poza noclegiem w zdecydowanie lepszych warunkach, niż na stłoczonym dworcu lub CPH, szkoła umożliwiała skorzystanie z prysznica – często pierwszy raz po kilku dniach przeżytych w trudnych warunkach.
Najbardziej wymagającym ze wspomnianych punktów pomocy był dla mnie przemyski dworzec. Przez niewielki jego budynek przewalały się tłumy ludzi, szczególnie, gdy przyjeżdżał pociąg relacji Lwów-Przemyśl. Jawiły się tam rozmaite potrzeby, głównie związane z udzielaniem informacji: gdzie można otrzymać polską kartę SIM; jak dojść na dany peron lub do CPH; o której odjeżdża dany pociąg; jak otrzymać bilet; kierowanie na nocleg krótkoterminowy; pomoc z walizkami itp. Z moich obserwacji, niektóre osoby sprawiały wrażenie, że nie są emocjonalnie i fizycznie w stanie szukać dalszej pomocy dla siebie. Dopiero osobiste nawiązanie kontaktu pozwalało rozpoznać potrzeby     i znaleźć pomoc, po którą sami być może nie mieliby siły poprosić, czego miałem okazję doświadczyć.
Caritas zorganizowało w budynku dworca punkt pomocy dla matek z małymi dziećmi – zaaranżowany specjalnie dla nich tak, aby zaznały namiastki spokoju oraz intymności w trudnej dworcowej rzeczywistości, czekając np. na dalszy pociąg. Pojawił się również kącik do zabaw dla dzieci.

Ten czas to także widok wielu otwartych ludzkich serc, który niósł mnie przez te dni pośród wojennego chaosu. Widok dobra i zaangażowania wielu ludzi – również anonimowych, nie identyfikujących się z daną organizacją pomocową; samochodów przyjeżdżających z najróżniejszych krajów z żywnością lub inną pomocą materialną i oferujących transport do danego kraju; prywatne foodtrucki gotujące zarówno dla uchodźców, jak i wolontariuszy oraz innych służb etc. Ponadto wyrazy wdzięczności okazywane ze strony Ukraińskiej były dla mnie bardzo podtrzymujące na duchu. Nie zapomnę sytuacji, kiedy młoda dziewczyna, po przejściu przez granicę rozpłakała się, a na pytanie swojej mamy, dlaczego płacze, odpowiedziała (cytat): „Mamo, wszystko jest OK, tylko płaczę, ponieważ Polacy to tacy dobrzy ludzie”. Takie momenty dawały mi zastrzyk energii, by dalej stać, także w nocy, na zimnie i częstować naszych sąsiadów przybywających zza wschodniej granicy kawą, herbatą, kanapkami, a przede wszystkim – pokazać im swoją obecnością i serdecznością – że jesteśmy z nimi w tym tragicznym dla nich czasie.
Pośród tego chaosu czułem potrzebę niesienia spokoju i opanowania. Zdarzyło mi się, że do namiotu Caritas przyszła młoda dziewczyna z lekko obdartą skórą palca i poprosiła mnie o zwykły plaster, a wywiązała się krótka wspierająca rozmowa, popłynęły łzy. Innym razem na dworcu pewien starszy pan zaczepił mnie, siedzieliśmy i przez pół godziny opowiadał o wojnie. Kilkukrotnie doświadczyłem, że ktoś po prostu potrzebuje wyrzucić z siebie trudne emocje, być wysłuchanym, poczuć, że ktoś jest obok, trzyma za rękę, patrzy w oczy i po prostu jest. Nie znając ukraińskiego ani rosyjskiego, z jednej strony moja pomoc w pewnych obszarach naturalnie była ograniczona, jednak zdecydowanie przekonałem się, że nie stanowi to bariery w niesieniu szeroko rozumianej pomocy.

Wojna zaskoczyła pewnie wielu z nas i sporą część pomocy zaczęto organizować na gorąco. Nie był to wolontariacki projekt planowany z wyprzedzeniem, ze szczegółowo wyznaczonymi zadaniami, – z oczywistych względów – lecz swoista interwencja kryzysowa. Sytuacja wymagała więc szczególnej uważności na to, co dzieje się dookoła oraz rozwagi.

Zdałem sobie sprawę, jak wielkie spustoszenie niesie wojna. Ilu ran i traum na wiele lat doznają często niewinni ludzie oraz jakie dalsze konsekwencje ze sobą niesie. Takie doświadczenia urealniają i dają mi wiele do myślenia – również w kontekście mojej ojczyzny.
To doświadczenie było dla mnie pewnym wyrzeczeniem, jednak cieszę się, ponieważ pomijając świadomość przyczynienia się do realnego dobra służącego innym, widzę owoce dla mnie samego – był to czas przełamywania swojej strefy komfortu i wychodzenia poza horyzont swojego ego, a więc niejako przejścia od teorii miłości do praktyki. Jednocześnie, był również czasem uświadomienia sobie wagi moich własnych potrzeb, bez zadbania o które trudniej realnie pomagać.

Andrzej

 

Izabela.finkWolontariat w Przemyślu